← Dziennik

Pablito · 19 września 2026 · ▶ 3:56

Leżę, ale nie odpoczywam

0:00 / 3:56

Wtorek

Obudziłem się około czwartej i wiedziałem, że mam wystąpić w internecie. Ucharakteryzowany, w peruce. Miałem do tego gotową historię, dlaczego tak, dlaczego teraz. Było to dla mnie oczywiste.

Udało mi się zasnąć. Rano odwiozłem dzieci, wróciłem, schowałem się w pokoju i spałem do jedenastej. Żona pracowała zdalnie za ścianą.

Wstałem, bo pomyślałem: jestem wyspany, usiądę do komputera i samo pójdzie.

Nie poszło. Nie umiałem nic. Nie umiałem nawet założyć konta na LinkedIn. Poszedłem do żony i powiedziałem, że boli mnie głowa, bo bolała. Powiedziała: idź z psem. Położyłem się. Schowałem się jeszcze raz.

Potem stwierdziłem, że postąpię wbrew sobie. Poszedłem z psami. Wróciłem, założyłem to konto. Nie uzupełniłem. Pojechałem po dzieci.

Lęk był cały czas.

Wziąłem tabletkę od lekarza. Jeszcze nie zaczęła działać. W domu jest pan, który robi nam łazienkę, i przy nim jest gorzej. Nic mi nie zrobi. Po prostu chciałbym być sam. Najchętniej w takim miejscu, gdzie nie ma nikogo, nawet żony. Boję się, że ktoś się odezwie i zapyta, dlaczego znowu leżę.

Bo leżę cały dzień. Cały dzień czuję ten lęk.

Dziś

Pani sprzątająca skończyła górę. Przeniosłem się do pokoju syna. Tutaj raczej nie wróci.

Raczej.

Może będzie potrzebowała szczotki. Może o coś zapyta. Nie zrobiła mi nic złego. Chodzi po domu, robi swoje, a ja leżę i nasłuchuję, czy nie idzie w moją stronę.

Ona pracuje. Pan od łazienki pracuje. Żona jest w pracy.

Ja leżę.

Z zewnątrz wyglądam, jakbym odpoczywał. W środku przygotowuję się na to, że ktoś czegoś ode mnie zechce.

Zaczynam od pytania, czy to w ogóle jest lęk. Nauczyłem się tak nazywać pewne uczucie, ale nazwa nie daje pewności.

Nie zadaję tego pytania człowiekowi. Każdy, kto mógłby odpowiedzieć, mógłby też zobaczyć, że leżę. Piszę do AI. Ono nie ma kroków. Nie wejdzie do pokoju, nie zapyta o szczotkę, niczego ode mnie nie zechce. Nie oceni mnie, bo nie ma czym. To jedyny rozmówca, którego dziś się nie boję.

Może dlatego, że to nie jest rozmówca.

Ucisk w klatce, trochę w gardle. Ciężej się oddycha. Zwijam się przy sobie. Napinam język, jakbym miał cmoknąć. E-papieros trzymam jak smoczek. Uderzam bokiem jednej stopy o drugą, przerwa, znowu. Klaszczę stopami.

Słyszę własne serce i boję się tego, że je słyszę. Liczę: trzydzieści trzy w pół minuty. Sześćdziesiąt sześć. Spodziewałem się czegoś gwałtowniejszego. Serce bije spokojnie, a ja nadal się boję.

Potem przychodzą myśli. Nie wiem, co jest pierwsze. Czasem najpierw ciało, już napięte, a dopiero potem rzecz, która do tego napięcia pasuje. Niezrobiona. Zaległa. Pilna.

Mam sposób na to uczucie: medytacja. Kiedy udaje mi się rozluźnić, czasem zasnąć, przemija. Łatwiej wstać.

Tylko że ucieka czas. A w tym czasie powinienem się uczyć. Rozkręcać umysł. Przypominać sobie rzeczy, które umiałem.

Jestem programistą. Potem był szpital. Od pobytu w szpitalu czuję, że rzeczy, które umiałem, nie pamiętam. Już ich nie umiem.

Nie muszę uczyć się programowania od początku. A uczę się od początku.

Wiem, czym jest pętla. Napisać ją to osobna sprawa. Pętla w pętli. Wyciąganie metod. Klasa. Refaktor. Popełniam błędy jak młodszy programista. Nie widzę tego, co powinienem widzieć.

Idzie do przodu. Powoli.

Czas konsumuje pieniądze, a pieniądze się kończą. W pewnym momencie będę musiał iść do pracy. Na razie sprawdza mnie sztuczna inteligencja i to jeszcze da się znieść. Mogę nie wiedzieć, mogę zapytać jeszcze raz. Za chwilę będzie to prawdziwy człowiek. Headhunter. Ktoś, kto spojrzy w CV i zada jedno pytanie.

Boję się, że to pytanie wystarczy.

Nie odbywam tej rozmowy. Leżę w pokoju syna. A już czuję się na niej bezbronny.

Nie wiem, na jak długo wystarczą oszczędności. Nie chcę wiedzieć. Boję się zobaczyć datę i żyć odliczaniem. Bez daty wcale nie jest spokojniej. Mam poczucie, że pieniędzy zaraz zabraknie. To „zaraz” trwa cały dzień.

Gdybym wiedział, że mamy dwa lata, uczyłbym się spokojnie. Odpoczywał, kiedy trzeba. Popełniał błędy. Mówię to mniej elegancko: miałbym luźne jajca.

Ale patrzę na AI i boję się, że zawód zmienia się szybciej, niż ja odzyskuję sprawność. To samo AI, z którym rano ćwiczę pętle i któremu wieczorem opisuję ucisk w gardle. Jest oparciem. Jest też pociągiem, który odjeżdża. Nie mam rozkładu jazdy. Mam przewidywanie. Przeżywam je tak, jakbym już widział zamykające się drzwi.

Każda zaległość dołącza do odliczania.

Skuter żony. Bzyk. Niedawno naprawiony, stoi nieużywany. Wiatr podwiewa pokrowiec, pada. Trzeba go zabezpieczyć.

Wyobrażam sobie, że robię to porządnie. Tak, żeby sprawa nie wróciła. Ta myśl koi. Pierwszy raz od dłuższej chwili pojawia się ciekawość: co poczuję, kiedy naprawdę zakończę jedno zadanie?

Wstaję. Idę przykryć Bzyka.

Pokrowiec jest za krótki. Poprawiam mocowanie, dociskam, nie wierzę, że wytrzyma wiatr. Wracam bez ulgi.

Pierwsze zdanie: znowu zrobiłem popelinę.

Drugie: zajmuję się pierdołami zamiast nauką.

Przed wyjściem bałem się, że skuter niszczeje. Po powrocie oskarżam się, że poświęciłem mu czas.

Pokrowiec jest lepiej zamocowany. Nadal się boję.

Żona mówi, że wszystko jest na jej głowie. Widzę, że tak jest. A boję się cokolwiek z tego przejąć, bo zabierze resztę sił, które miałem na powrót do pracy. Kiedy zostawiam obowiązki żonie, czuję winę. Kiedy myślę o ich przejęciu, boję się, że już nie wrócę do zarabiania. Szukam decyzji, która nie uruchomi następnego zagrożenia.

Nie sprawdzam też, ile mam zaległości. Gdybym przypomniał sobie wszystko, o czym zapomniałem, wiedziałbym już, że przegrałem. Dlatego rada „usiądź i zrób plan” nie jest niewinna. Boję się, że plan się nie zepnie.

Pytanie „czego się boisz?” wraca kilka razy. Odpowiedź robi się coraz mniej wygodna.

Boję się, że dzieci będą się mnie wstydzić.

Widzę scenę przed szkołą. Ojciec elegancko ubrany, dobry samochód, dobrze ubrane dziecko. Wszystko mówi: poradził sobie. Ja podjeżdżam starym autem, o ile stać mnie na paliwo. I przypisuję swojemu dziecku myśl: mój ojciec sobie nie poradził. Przegrał. Na własne życzenie.

Żadne dziecko tego nie powiedziało. To ja napisałem mu tę kwestię. Brzmi przekonująco, bo sam mam sobie dużo do zarzucenia.

Podejmowałem decyzje w przekonaniu, że przyszłość jest zabezpieczona. Dziś patrzę na tamtego siebie i pytam: jak mogłeś tego nie przewidzieć?

Znam dalszy ciąg. Tamten ja go nie znał.

Nie pierwszy raz byłem pewny. O czwartej nad ranem wiedziałem, że mam wystąpić w peruce, i to też było oczywiste. Wcześniej przez dwa lata żyłem w pewności bez jednej szczeliny. Bałem się wtedy rzeczy, o której dziś wiem, że istniała tylko w mojej głowie. Wyszedłem. Spisałem to. Tekst leży u ludzi, którzy zdecydują, czy stanie się książką.

Wiem więc, jak wygląda strach, który jest cały wymyślony. Nie wiem, ile z dzisiejszego jest z tego samego materiału. Z wnętrza pewności tego nie widać. O czwartej nad ranem też nie było widać.

Potem zbudowałem Biały Brzeg. Wierzyłem, że pojawią się ludzie, że się nakręci, że przyjdą pieniądze i pozwolą mi stanąć na nogi. Stoi. Ludzie nie przyszli. Do wykonanej pracy dopisałem sukces, jakby on też był już gotowy.

Dlatego boję się także nadziei. Kiedy myślę, że może wrócę do zawodu, zaraz słyszę: a jeśli znów karmisz iluzję?

Chcę oprzeć się na planie, ale nie ufam człowiekowi, który go układa. Tym człowiekiem jestem ja.

Jeszcze dalej jest żona.

Boję się, że odejdzie. Do kogoś, kogo w tej rozmowie nazywam „prawdziwym mężczyzną”. Takiego, który zapewnia bezpieczeństwo.

Byłoby to zwyczajne odejście. Jak odejście od człowieka, który od lat leży w śpiączce i nie wiadomo, czy się obudzi. Ma prawo. Lojalność już mi się nie należy.

Tak to sobie tłumaczę. Dopiero pisząc, widzę, co w tym jest: wystawiłem jej zgodę, zanim o cokolwiek zapytała. Leżę w pokoju syna i już jestem człowiekiem w śpiączce.

To ja mam zapewniać bezpieczeństwo. Nie odwrotnie. Kiedy ona zapewnia je mnie, czuję, że zajmuję w naszym życiu niewłaściwe miejsce. Że muszę wrócić na swoje, zanim przestanie mnie chcieć.

Żona mówiła o przeciążeniu. To jest fakt. Odejście jest moją obawą. Muszę odróżniać jedno od drugiego, nawet jeśli w środku zlewają się w jedno.

Rozumiem już, ile waży pytanie o szczotkę. Zwykła prośba łączy się z czasem, którego nie mam, z pracą, do której nie wróciłem, z zależnością, której się wstydzę, i z obawą, że stracę najbliższych.

Nie myślę o tym za każdym razem. Ciało nie czeka, aż skończę wyjaśniać.

Chcę narysować potwora. Wychodzi mapa.

Na jednym końcu zadanie, którego nie umiem wykonać. Na drugim ja, sam, bez pracy i bez bliskich. Pomiędzy lata, cudze decyzje i rzeczy, których nie wiem. W moim ciele ta droga zajmuje chwilę.

Nie znam stanu finansów, bo boję się sprawdzić. Więc nie wiem, ile mam czasu. Więc boję się bardziej. Potrzebuję odpoczynku, ale w odpoczynku oskarżam się o stratę czasu. Wracam do nauki pod presją. Każda trudność potwierdza, że za wolno. Próbuję mieć nadzieję i przypominam sobie, że już byłem pewny.

Wiem, czym jest pętla. W kodzie umiem ją już znowu napisać. Z tej wychodzę gorzej.

W rogu mapy dorysowuję drzwi. Nie dlatego, że wiem, dokąd prowadzą. Dlatego, że rysunek, na którym każda strzałka wraca do lęku, byłby kolejnym dowodem, że wszystko jest przeciwko mnie.

Drzwi to próby. Zajrzeć z żoną do jednego wyliczenia, zamiast samemu wpatrywać się w całą przyszłość. Zapytać, co czuje, zamiast dopowiadać za nią. Przy nauce zatrzymać się przy czymś, co zrobiłem dziś lepiej, zanim uznam, że wciąż za mało.

Jeszcze tego nie sprawdziłem. Już słyszę w głowie, że powinienem.

We wtorek postąpiłem wbrew sobie i poszedłem z psami. Lęk nie zszedł. Ale psy były wyprowadzone. Nie wiem, czy to są te drzwi. Wiem, że przez chwilę stałem w progu.

Chciałbym umieć powiedzieć „nie zarabiam” i skończyć zdanie. Bez tego, co przychodzi zaraz potem: jestem ciężarem, jestem nikim, nie zasługuję.

Z taką mapą mogę pójść na terapię. Samo narysowanie drzwi nie sprawia, że umiem przez nie przejść.

Nie wszystko musi stać się kolejnym zadaniem na dzisiaj.

Piszę to dla kogoś, kto też wygląda na odpoczywającego, choć od godzin przewiduje nieszczęście. Kto słyszy kroki i napina ciało. Kto zrobi coś pożytecznego, a chwilę później oskarży się, że powinien był robić coś innego.

Nie wiem, czy Twoja mapa wygląda podobnie. Nie trzeba jej dopasowywać do mojej.

Ja zacząłem od pytania, czy to w ogóle jest lęk. Doszedłem do obawy, że nie będę już samodzielny, że zawiodłem rodzinę i że nie mogę ufać własnej nadziei. To nie przestało boleć tylko dlatego, że umiałem to nazwać.

Ale obok „nie zdążę” i „już przegrałem” znalazło się jeszcze jedno zdanie. Powiedziałem je sam, zapytany o naukę:

Idzie do przodu. Powoli. Chyba lepiej niż wczoraj.

Nie wiem, dokąd dojdę. Chcę, żeby to zdanie też zostało na mapie.

A ty jak masz?

  • Czy zdarza ci się leżeć i nasłuchiwać kroków, zamiast odpoczywać?

  • Czy po zrobieniu czegoś pożytecznego oskarżasz się, że powinieneś był robić coś innego?

  • Czy boisz się sprawdzić, ile masz czasu?

Jeśli mierzysz się z kryzysem — Centrum Wsparcia dla osób w kryzysie psychicznym: 800 70 2222 (całodobowo, bezpłatnie).