Nagle jest przy mnie kilka osób. Zamieszanie. Z lewej i z prawej ludzie. Jakaś lekarka. Dostaję zastrzyk.
Czuję, jak rozpinają pasy. Nie wyrywam się. Trzymają mnie i tak, bardzo mocno. Są silni. Nie muszą wkładać w to tyle siły. Już się nie bronię. Trzymają jak kogoś, kto się szarpie, bo tak jest w procedurze. Procedura nie wie, że przestałem. Procedura nigdy tego nie wie, bo nie ma jak jej powiedzieć.
— No dobra. Na trzy?
— Raz, dwa i trzy...
Szarpnięcie. Bardzo energicznie przerzucają mnie z noszy na łóżko. Dalej trzymają. Zaciskają się kolejne pasy. Ktoś zdejmuje mi spodnie. Zdejmują majtki. Zakładają pieluchę. Zaciskają pasy.
Godzinę temu mówiłem wyraźnie i znałem wszystkie odpowiedzi. Teraz mam pieluchę. Między tymi dwoma punktami nie ma żadnej decyzji, którą bym podjął. Wybrałem szpital zamiast więzienia. Nic więcej nie było moim wyborem.
Myślę sobie, że przynajmniej jest tu ciepło.
Dostałem to, czego chciałem w karetce. Taka była cena.
Mogę ruszać głową. Unoszę ją, żeby się rozejrzeć. Pielęgniarka, która dała mi zastrzyk, mówi, że po tym zasnę. Wychodzą wszyscy. Gaszą światło. Zostaję sam z pasami.
Nie całkiem sam. Kręcą się ci w niebieskich kitlach. Po chwili orientuję się, że to nie są lekarze.
Po następnej chwili — że ja też mam taki kitel. Założyli mi go razem z pieluchą. Nie wiem kiedy. Tak szybko to zrobili.
Różnica między mną a nimi jest jedna. Oni mogą chodzić po tym pokoju. Ja jestem przypięty. To jest cała różnica.
Nikt nic do mnie nie mówi. Ja o nic nie pytam. Rozglądam się. Zastanawiam się tylko, jak mam się wysikać. Bo nie mam zamiaru sikać do tej pieluchy.
Po chodniku, karetce, pasach, „na trzy” — to jest to, co zostało moje. Bardzo małe. Całkowicie praktyczne.
Nie zasypiam. Czuję parcie na pęcherz. Zaczyna się.
Potem zaczynają mi łzawić oczy. Jestem przypięty i nie mogę otrzeć oka. Czuję, jak łza wpływa na powiekę i stamtąd nie ma jak zlecieć. Ruszam trochę głową. Nie pomaga. Nie wiem, skąd te łzy. Cały wieczór był bez płaczu. Ciało płacze osobno, poza mną, dokładnie wtedy, kiedy najmniej mogę na to zareagować. Łzy nie znajdują ujścia. Gromadzą się i zostają.
Wieczorem ciało szło wbrew przepowiedni. W nocy idzie wbrew mnie. Zapisuję.
Po jakimś czasie otwierają się drzwi. Przychodzi mężczyzna. Pyta, czy okej.
— Chce mi się siku — mówię.
Nie każe mi sikać do pieluchy. Idzie po kogoś. Rozpina jeden pas, taki, że mogę przekręcić się na bok. Podkłada naczynie.
Nie mogę wycisnąć z siebie ani kropli. Trwa to dłuższą chwilę. W końcu mówię, że nie mogę. Ale parcie jest cały czas.
Postawiłem sobie jedną rzecz do obronienia. Człowiek się zgadza. Wygrywam. I wtedy ciało odmawia.
Mówi, że to się zdarza. Żebym położył się spać. Zakłada pieluchę. Zapina pas. Wychodzi razem ze światłem, które wpadało z korytarza.
Z tych, którzy tej nocy mieli nade mną władzę, on jeden usłyszał prośbę i coś z nią zrobił. Rozpiął pas, żeby oszczędzić mi pieluchy. Nie udało się. Spróbował.
Faktycznie zasnąłem.
Zastrzyk działał. Tylko na końcu, po wszystkim.
Jeśli mierzysz się z kryzysem — Centrum Wsparcia dla osób w kryzysie psychicznym: 800 70 2222 (całodobowo, bezpłatnie).
