W końcu zgodziłem się, że pojadę do lekarza. Miałem jechać z ojcem.
I w tym momencie pojawia się ojciec. W ręku ma pudełko Grześków. Całe, nieodpakowane, zafoliowane. Nie wiem, ile ich tam jest w środku. Powiedzmy dwadzieścia.
— Chcesz? — pyta i pokazuje mi je.
— Chcę.
I wtedy ojciec, zamiast dać mi pudełko, zaczyna je odpakowywać. Zdejmuje folię. Wyjmuje jednego Grześka i podaje mi go.
Patrzę na niego. Zamiast wziąć tego jednego, zabieram mu całość.
— Co robisz? — pyta zdezorientowany i zaczyna mi je wyrywać.
Jestem sprytniejszy. Nie daję sobie wyrwać. Obracam się i kieruję do wyjścia. Ojciec za mną. Po drodze wskakuję w crocsy, bo są na wierzchu. Kurtki nie zdążyłem założyć. Wybiegam na dwór. Ojciec za mną. Uciekam po schodach na dół. Ojciec za mną. Ganiamy się chwilę na podjeździe.
— Oddaj Grześki.
— Przecież mi je dałeś!
— Ale nie całe pudełko!
Biegnie za mną. Robię zwrot i wymijam go.
— Nieprawda! Pokazywałeś całe! O tak. — Wyciągam pudełko przed siebie.
Próbuje je złapać. Cofam rękę. Łapie powietrze. Chowam pudełko za siebie. Mruga nerwowo, ale mówi spokojnie:
— Grzesiek, ale to przecież oczywiste, że chodziło o jednego...
Sięga z lewej. Obracam się. Z prawej. Wyciągam rękę do góry, za siebie, i pochylając do niego głowę, mówię:
— To trzeba było wtedy powiedzieć!
— Oddawaj Grześki!
W końcu mi się nudzi. Zatrzymuję się.
— Dobra, masz. Ale kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera. Dałeś mi całe pudełko.
Patrzę: pod bramę podjechała policja. Koguty się kręcą, syreny nie ma. Jest już późno. Na pewno jest całkiem ciemno.
— Wezwałeś policję?
— Nie wezwałem.
Policjanci wysiadają i zaczynają coś krzyczeć przez płot. Chyba żeby ich wpuścić.
— To ja uciekam — mówię.
Nie myślę długo. Kieruję kroki w stronę Sceny.
Scena to dodatkowy drewniany budynek, który niedawno postawiliśmy. Stoi na drugim końcu działki. Nie ma tam światła. Za nią można się schować, jest kawałek przestrzeni, kilka drzew i kompostownik.
Po drodze wyciągam z kieszeni lufkę i kładę ją przy akwarium. Akwarium jest po chrząszczu, którego kiedyś hodowałem. Od dawna stoi puste, na drewnianej nodze, którą sam zrobiłem. Na wszelki wypadek muszę być czysty. Nigdy nie wiadomo.
Zaczajam się za winklem.
Widzę, jak ojciec podchodzi do płotu i otwiera policjantom. Wchodzą. Chwilę gadają z ojcem. Potem jeden z nich kieruje się w moją stronę.
Nie mam wielkiego wyboru. Mogę biegać w kółko wokół Sceny, ale ich jest więcej. Albo przeskoczyć przez płot.
Najłatwiej przeskoczyć przy kompostowniku. Wtedy się jest u sąsiada. Mam z nim na pieńku, bo wyrąbał kawał lasu. Mówił, że pod dom, ale to działka leśna, więc i tak nie mógł się tam budować. Cała działka stoi ogrodzona i pusta. Drzew i tak zostało sporo.
Daję susa i hop, jestem po drugiej stronie.
Dobrze wiem, co mam zrobić, żeby stać się niewidzialnym. Biegnę do najdalszego drzewa po drugiej stronie jego działki. Śnieg jest głęboki i puszysty. Nikt po nim nie chodzi, bo nikt tu nie przyjeżdża. Światło pada od strony mojej działki, więc drzewa rzucają cienie. Chowam się w takim cieniu i czekam na rozwój sytuacji.
Po chwili widzę światło latarki. Zaczęli mnie szukać. Zorientowali się, że nie ma mnie na działce. Jeden podchodzi do płotu i widzi ślady. Nie da się ich ukryć. Woła drugiego.
Podejrzewam, że tutaj będę bezpieczny, bo zgody na wejście na tę działkę nie dostali od nikogo.
Jest inaczej. Najpierw przeskakuje jeden. Przytrzymuje siatkę drugiemu. Przeskakuje drugi.
Robi się gorąco. Rozglądam się nerwowo, co teraz. Nie ma dokąd uciekać. Stwierdzam, że będę czekał zasadzony za tym drzewem. Może zrezygnują. Ćwiczyłem to wcześniej. Jestem do tego doskonale przygotowany.
I wtedy po drugiej stronie płotu pojawia się żona. Po drugiej stronie działki sąsiada. Musiała wyjść przez bramę, przejść koło radiowozu i obejść działkę naokoło, a tam nie ma ścieżki. Jest śnieg. Mówi spokojnie:
— Grzesiek, co ty zamierzasz?
— Przynieś mi kluczyki do citroena.
— Co ty gadasz?
Citroën to mój samochód operacyjny. Mówię na niego srebrna strzała. Ma platynowe tłoki. Jego tłoki są z platyny, dlatego leję do niego najlepszą benzynę, dziewięćdziesiąt osiem, i bardzo o niego dbam. Skarby są wszędzie.
— Albo podjedź nim. Kluczyki są w środku, na siedzeniu.
— Poddaj się.
— Ucieknę im.
Policjanci cały czas się zbliżają ze swoimi szperaczami. Jeszcze nie wiedzą, gdzie jestem. Jestem skryty w mroku. Czuję się jak czarna pantera.
— No dobra, muszę się schować. Nic nie mów.
Przytulam się do drzewa. Staję się z nim jednym. Nie wtapiam się w tło — ja staję się tym tłem. Jestem całkowicie niewidzialny.
Dochodzą do mnie po śladach.
Latarka trafia na mnie. Jeden policjant mówi do drugiego:
— Uważaj, on coś ma w ręce! To może być nóż!
W ręku trzymam swoje okulary.
Skradają się do mnie powoli, z dwóch stron jednocześnie. Nie mam wyjścia poza tym jednym, które sami mi podpowiedzieli. Gdy są już bardzo blisko, wyłaniam się zza drzewa i dźgam w ich stronę okularami.
Odwracają się i uciekają.
Wykorzystuję to i biegnę w przeciwną stronę.
Jeśli mierzysz się z kryzysem — Centrum Wsparcia dla osób w kryzysie psychicznym: 800 70 2222 (całodobowo, bezpłatnie).
