← White Whisper

Pablito · 18 października 2026 · ▶ 4:10

Sąsiad

0:00 / 4:10

Cały czas tłukę pięściami. Drzwi radiowozu otwierają się od strony kierowcy. Słyszę krzyk:

— Sąsiad! Co ty robisz?

Zamieram. Patrzę na kolor samochodu. Jest czerwony.

Pomyliłem się. To nie radiowóz, tylko nowy nabytek sąsiada. Jedzie sobie wieczorną godziną gdzieś ze swoją żoną, a tu nagle wskakuje mu na maskę facet i tłucze szybę pięściami.

— Przepraszam. Myślałem, że to policja.

Schodzę z maski. Stoję dalej w reflektorach. Sąsiad wysiada.

— Sąsiad, nie masz butów. Ja ci dam buty, chodź tutaj, mam je w bagażniku.

Jakie szczęście, myślę. Sąsiad się nie wkurza i chce mi dać buty, które akurat wozi w bagażniku. Przez chwilę nawet idę w jego stronę.

Otwiera klapę do góry.

— Chodź tutaj, sąsiad, usiądź. Ja poszukam butów.

I wtedy coś mi podpowiada, że to może być podstęp. Że chcą mnie złapać. Odwracam się i uciekam dalej, w stronę przystanku.

Teraz już tylko kuśtykam, coraz wolniej. Po chwili dogania mnie sąsiad, który zdążył wsiąść do samochodu, i powoli jedzie za mną, trzymając mnie w reflektorach. Ja sobie spokojnie kuśtykam, a on krzyczy do mnie przez szybę:

— Sąsiad, przestań uciekać, mam dla ciebie buty!

Nie wierzę mu i kontynuuję swoją ucieczkę.

W końcu docieram do przystanku. Sąsiad zatrzymuje się na drodze i obserwuje mnie z oddali.

Siedzę pod wiatą i zastanawiam się, co dalej. Jedzie jakiś samochód, macham jak na stopa, zostaję olany. Jedzie autobus, nie zatrzymuje się. Chcę uciec do kumpla i tam się ukryć. Taki mam plan.

Jedzie kolejny samochód. Stwierdzam, że zdejmę tego crocsa i po prostu w niego rzucę.

Trafiam. Samochód zwalnia, może nawet zatrzymuje się na chwilę, ale potem jedzie dalej. Chyba ktoś się zorientował, że nie mam butów, i pomyślał, że bezpieczniej jest się oddalić. Zwłaszcza w nocy, na odludziu, gdzie wokoło nie ma nikogo poza sąsiadem z rozbitą szybą.

Zostaję więc na wiacie i postanawiam poczekać na policję. Aż mnie złapią.

Czas mi się dłuży. I wtedy przypomina mi się, że przecież w każdym śmietniku jest dla mnie coś przygotowane.

Na tej wiacie jest śmietnik. Zaglądam.

Jest. Butelka wina. I to w połowie pełna. Cud.

A zatem napiję się winka w oczekiwaniu, myślę, i odchylam ją, żeby golnąć sobie porządnie.

Nie leci ani kropla. Jest minus piętnaście. Wino zamarzło. Nie da się go wypić.

Siedzę na wiacie przystankowej, bez butów, z jedną skarpetką, w białej koszuli, muszce, marynarce i spodniach od garnituru, trzymając w ręku winko, które dostałem od Najwyższego, a którego nie mogę wypić.

Samochód sąsiada stoi trzydzieści metrów obok.

Nagle słyszę syreny i widzę koguty. Praktycznie w kilka sekund nadjeżdżają radiowozy z dwóch kierunków. W sumie trzy.

Zatrzymują się i zaczynają do mnie podchodzić, skradając się. Jestem okrążony.

Wiem, co zaraz mi zrobią. Nie kładę się na ziemi. Czekam z tą butelką, aż podejdą blisko. Trzymam ją za szyjkę twardo.

Gdy są już w odległości kilku metrów, podnoszę butelkę do góry i rozwalam ją o ziemię. Roztrzaskuje się na tysiąc kawałków.

Rzucają się na mnie. Przewracają, obezwładniają. Wyrywam rękę, udaje mi się jakoś z tego wyjść. Wskakuje na mnie kolejny. Ktoś zaciska mi rękę na szyi. Ktoś wykręca mi ramię. Ktoś przyciska moją głowę do ziemi. Czuję kolano.

To naprawdę boli. Nie potrzeba aż tyle przemocy.

Ale to się dzieje. To się musi dokończyć.

I w tym momencie zaczynam odmawiać pacierz.

Ojcze mój, który jesteś we mnie. Święć się imię Twoje. Przyjdź królestwo Twoje. Bądź wola Twoja.

Jeśli mierzysz się z kryzysem — Centrum Wsparcia dla osób w kryzysie psychicznym: 800 70 2222 (całodobowo, bezpłatnie).